21 września 2016

Rozdział 4



Znów mnie długo nie było, przepraszam. Niestety pisanie ostatnio kiepsko mi idzie, dlatego też byłam bardzo zdziwiona, że w ciągu praktycznie jednego wieczoru i jednego ranka udało mi się napisać cały ten rozdział! Miałam wielki i nieoczekiwany napad weny, motywacji i chęci, no i mamy rozdział. Nawet długi. ;) Na nowo czuję to opowiadanie, więc proszę, dajcie znać, że tu jesteście. Komentarze naprawdę są przeogromną motywacją. Liczę na Was. :) Miłego czytania xx




Rebecca

Wciąż śpiąca, przekręciłam się na drugi bok. Przez szybę wpadała do środka błękitna poświata księżyca. Po nieprzespanej poprzedniej nocy i dość ciężkim, upalnym dniu, byłam wykończona i szybko zasnęłam — nie wiedziałam więc, czemu się obudziłam. Po kilku minutach, podczas których bezwiednie kręciłam się w łóżku, postanowiłam zejść do kuchni po szklankę wody.
Nie specjalnie starałam się być cicho — zarówno mama, jak i tata mieli na tyle twardy sen, abym nie musiała się bać o ich obudzenie. Chociaż dom nagrzewał się w ciągu dnia, w nocy cała temperatura opadała, jeśli więc nie chciałam, aby moje bose stopy zmarzły, musiałam się pospieszyć.
Od przeprowadzki minęło już kilka dni, więc wszystko już miało swoje miejsce w domu. Bez trudu odnalazłam szklankę i wlałam wodę mineralną do połowy naczynia. W międzyczasie przetarłam dłonią oczy, a mój wzrok bez żadnej specjalnej przyczyny spojrzał w stronę okna, wychodzącego na główną ulicę. Przez chwilę miałam wrażenie, że ktoś stoi na zewnątrz, ale pokręciłam głową, próbując odegnać to — prawdopodobnie — zwykłe wyobrażenie. Wzięłam szklankę i dla własnego spokoju, postanowiłam przejść obok okna, aby upewnić się, że to tylko moja wyobraźnia płatała mi figle.
Ściskając szklankę w dłoniach, powoli podeszłam do okna i chociaż firanka wraz z panującą na zewnątrz ciemnością nieco ograniczały widoczność, bez trudu zobaczyłam stojącą na ulicy postać. Rozpoznałam w niej mężczyznę, mimo naciągniętego na twarz kaptura. Nie miałam też wątpliwości, że patrzy wprost na mnie. W momencie, gdy tajemnicza postać uniosła głowę, przeszył mnie dreszcz. Z trudem wstrzymałam pisk, który cisnął się na moje usta. Z szybko bijącym sercem odwróciłam się na pięcie i wbiegłam po schodach, ledwo nad sobą panując. Zamknęłam drzwi i dla uspokojenia wypiłam całą wodę, jaką ze sobą przyniosłam.
Czułam, że całe moje ciało zaczyna drżeć, więc czym prędzej odstawiłam szklankę na biurko, po czym wsunęłam się pod kołdrę, zakrywając nią niemal po same oczy. Oddychałam szybciej i głośniej. Wiedziałam, że tej nocy już nie zasnę.


Jak podejrzewałam — nie zasnęłam choćby na chwilę. Koło ósmej rano, gdy rodzice znów wyjechali do pracy — przepraszając przed wyjściem przynajmniej dziesięć razy, że znów nie spędzą ze mną dnia — moje oczy same się zamykały, chociaż wypiłam już cztery kawy. Oglądanie porannych programów w telewizji okazało się zbyt nudnym zajęciem, a od czytania książki zaczynały mnie bardziej szczypać oczy. Postanowiłam więc zrobić coś, co lubię i pomoże mi się zrelaksować po kolejnej nieprzespanej nocy.
Czyli upiec muffinki.
W niedługim czasie rozłożyłam na blacie wszystkie potrzebne rzeczy, od cukru po karmelową czekoladę, którą w trakcie podjadałam kawałek po kawałku. Mieszałam i dodawałam kolejne składniki, kiwając się lekko w rytm muzyki, którą puściłam głośno z radia, nie myśląc o niczym szczególnym. A właśnie o to mi chodziło – przestać myśleć o wydarzeniu z nocy, bez względu na to, czy było on prawdą, czy jedynie wymysłem mojej wyobraźni. Mimo to, raz na jakiś czas mój wzrok uciekał w stronę okna. Ulica była pusta, nie wiedziałam żadnej zakapturzonej postaci, więc po każdym takim spojrzeniu oddychałam z ulgą.
Gdy pierwsza porcja masy została rozłożona do papierowych foremek i włożona do piekarnika, po domu rozeszła się wesoła melodia, którą miałam ustawioną na dzwonek. Wytarłam ręce w ścierkę i odrzucając ją na bok blatu, ruszyłam w stronę stolika w salonie, gdzie wcześniej zostawiłam telefon. Dzwonił Michael.
— Jestem zbyt leniwy, żeby podejść do twoich drzwi — powiedział na przywitanie.
— Och, Michael! Cześć, ja też się cieszę, że cię słyszę — rzuciłam kpiąco w odpowiedzi.
Usłyszałam wesoły śmiech.
— Cześć.
Doskonale wiedziałam, że właśnie przewrócił oczami.
— Coś się stało, że dzwonisz?
— Proponuję ci wyjazd z nami na plażę. Za jakieś dwadzieścia minut. Poznasz dziewczynę Luke'a.
Spojrzałam z konsternacją na telefon, następnie na piekarnik i znów na telefon, który z powrotem przyłożyłam do ucha.
— Sorka, Mike. Piekę muffinki.
— A długo ci to zajmie?
— Dopiero włożyłam pierwszą porcję.
— I pewnie nie przerwiesz?
— Nie bardzo, zrobiłam w kuchni niezły syf — mówiąc to, wzrokiem powędrowałam na kuchenny blat, na którym leżały miski, składniki, łyżki i inne rzeczy, a z nóżek miksera skapywała na podłogę masa.
— A potem? Założę się, że nie masz planów. — Dalej próbował mnie przekonać.
— Jak bardzo potem?
— Calum ma do nas dołączyć za dwie godziny, może z nim przyjedziesz? Dam mu znać, żeby się do ciebie wybrał, jak skończy to, co tam go zatrzymuje.
Nie odpowiedziałam. Imię chłopaka odbiło się echem w mojej głowie. Otaczała go tajemnicza aura, która mnie jednocześnie intrygowała i przerażała. Nie mogłam się zdecydować, czy chciałam z nim spędzić tych kilkadziesiąt minut sam na sam. Ale perspektywa dobrej zabawy — bo z Cliffordem zawsze się dobrze bawiłam — była silniejsza.
— Okay. — Zgodziłam się. Wypowiedziałam to słowo szybko, jakby w obawie, że zanim to zrobię, to się rozmyślę.
— Świetnie! — Ucieszył się Mike. — Więc zaraz mu powiem, no i do zobaczenia na plaży! — wykrzyknął, po czym, nie czekając na jakiekolwiek pożegnanie, rozłączył się.
Pokręciłam ze śmiechem głową. Nagle jedyna myśl, jaką miałam w głowie, to pytanie: Luke ma dziewczynę?



Calum

Wcisnąłem sprzęgło, widząc na prędkościomierzu dwadzieścia kilometrów na godzinę, po czym docisnąłem hamulec, płynnie zatrzymując się na podjeździe dziewczyny. Dziewczyny, z którą coś było nie tak. Albo dziewczyny, przy której to ze mną coś było nie tak — nie potrafiłem stwierdzić.
Nie umiałem też powiedzieć, dlaczego znalazłem się w środku nocy pod jej domem, tak blisko miejsca, w którym dopiero co zaparkowałem. Czułem silną potrzebę wyjścia na świeże powietrze, a nogi jakby same poniosły mnie na jej ulicę. Z reguły wierzyłem w przypadki — zdarzały się często, były na porządku dziennym — ale tej nocy w mojej głowie uparcie tkwiła jedna myśl, święcąca się niczym neon: to nie przypadek. To nie przypadek, że przy niej moja moc wariowała. To nie przypadek, że przy niej towarzyszyło mi dziwne uczucie, jakiego nigdy wcześniej nie zaznałem. To nie przypadek, że gdy przeszedłem do niej w nocy, ona zeszła do kuchni. Widziałem jej sylwetkę w żółtawym świetle kuchennej żarówki. Długie nogi w naprawdę króciutkich spodenkach były dla mnie niczym jabłko dla Ewy. Ten widok mnie kusił. Do tego stopnia się w nią wpatrywałem, że musiała to wyczuć. To nie mógł być przypadek.
Jej przerażone spojrzenie w oknie uświadomiło mi, co takiego wyrabiam.
I znów byłem przed jej domem, skazany na jej towarzystwo. Tylko ja i ona. Sami.
Obawiałem się, co takiego może się wydarzyć. Pojawią się kolejne czerwone róże — na pewno. Mimo wariujących mocy, postanowiłem się kontrolować najbardziej, jak tylko byłem w stanie. Zanim wysiadłem, gasząc silnik powtórzyłem listę, którą układałem w głowie przez całą drogę:
Nie patrzeć na jej nogi, gdy będzie w szortach.
Nie patrzeć na jej uśmiech – czyli starać się jej nie rozśmieszać, nie rozbawiać.
Nie flirtować z nią.
Nie myśleć o niej za bardzo.
Nie mówić dużo.
Nie wiem jak, ale przeżyć tę krótką podróż z pełną kontrolą.
Wiedziałem, że po rozmowie o książkach tamtego ranka, nie będzie to takie proste. Wydawała się naprawdę świetną, miłą i inteligentną dziewczyną. Wziąłem dwa głębokie wdechy, podniosłem telefon, leżący na siedzeniu pasażera i wysiadłem. Spodziewała się mnie i chyba zauważyła, jak podjechałem, bo gdy tylko przeszedłem przez furtkę, pojawiła się w drzwiach. W, cholera, króciutkich szortach, luźnej, ale krótkiej bluzeczce z dekoltem i z nieśmiałym uśmiechem na ustach. Zmysłowych, różowych ustach.
Przełknąłem ślinę.
Jak tak dalej pójdzie, mój plan spali na panewce.
— Cześć — przywitałem się, starając się, aby mój głos był neutralny.
— Hejka — odparła wesoło. — Wejdź, bo jeszcze nie skończyłam.
Nie czekając, aż znajdę się w środku, zniknęła mi z pola widzenia, ale słyszałem, jak głośno mówi „momencik, bo zaraz spalą się muffinki!”. Wbrew sobie roześmiałem się cicho. Nie trudno było znaleźć kuchnię. Kierowałem się węchem, który z powodzeniem zaprowadził mnie do źródła słodkiego zapachu.
— Czy ja czuję karmel?
— Tak. — Roześmiała się. — Wkładałam do środka po kostce karmelowej czekolady.
Uśmiechnęła się szeroko, po czym pochyliła się w stronę piekarnika, wypinając się w moją stronę i zupełnie nieświadomie mnie torturując. Zrobiło mi się gorąco, bardzo i niesamowicie gorąco. Ale odetchnąłem z ulgą, gdy wyprostowała się, trzymając blaszkę w odzianych w rękawice dłoniach, zanim źle się to dla mnie skończyło.
— Możesz się śmiało częstować. — Kiwnęła głową w stronę końca blatu, gdzie na dużej plastikowej tacy leżały jedna na drugiej, gotowe muffinki.
Nie musiała mi dwa razy powtarzać. Spróbowałem jej wypieku i musiałem przyznać, że były naprawdę dobre. Miękkie, soczyste i słodkie. Kiwnąłem głową z uznaniem, bo nie wypadało mówić z pełną buzią, a kolejny uśmiech rozświetlił jej twarz.
— Już kończę, jeszcze tak ze dwie porcje. Za pół godziny powinnam skończyć — powiedziała, ponownie się pochylając, a ja czym prędzej odwróciłem wzrok.
Tylko dwie porcje równa się tylko dwa razy się pochyli, prawda?
Zamknąłem powieki i wziąłem głęboki oddech, przeklinając w myślach samego siebie. Gdy otworzyłem oczy, zobaczyłem, jak Rebecca wpatruje się we mnie uważnie. Widząc, że ją przyłapałem, speszyła się lekko.
— Te muffinki są naprawdę świetne. — Pochwaliłem ją, a jej policzki pokryły się delikatnymi rumieńcami. — Serio, serio — dodałem, we własnych oczach robiąc z siebie głupka.
— Dziękuję. — Kiwnęła mi głową.
Piosenka w radiu, które grało dość głośno, zmieniła się na coś popowego, skocznego i zbyt wesołego. Rebecca najwyraźniej bardzo lubiła tę piosenkę albo znała ją wystarczająco dobrze, bo już po chwili nuciła i śpiewała pod nosem i — ku mojemu coraz większemu przerażeniu — kręciła lekko biodrami w rytm muzyki.
Nagle spojrzała w moją stronę i speszyła się jeszcze bardziej, niż gdy przyłapałem ją na gapieniu się na mnie. Następnie uśmiechnęła się nieśmiało.
— Wiem, nie śpiewam najlepiej, ale uwierz, od jakiegoś czasu wcale mi to nie przeszkadza. — Wzruszyła ramionami, wciąż się uśmiechając i jednocześnie nalewając kolejną porcję masy do papierowych foremek. — Kiedyś bałam się zaśpiewać zwykłe wlazł kotek na płotek przy kimkolwiek.
— Spokojnie, nie było aż tak źle — zaśmiałem się.
— Dzięki. — Wywróciła oczami.
— W sumie — odezwała się po chwili — żebyśmy nie byli aż tak spóźnieni, możesz zerkać przez kilka minut na te muffinki? Ja pobiegnę na górę się przebrać.
— Jasne. Tylko uprzedzam, że jeśli będziesz się grzebać jak typowa baba, to po tych ciastkach nic nie pozostanie.
Posłałem jej lekko nieporadny uśmiech. Może i umiałem odgrzać sobie obiad zrobiony wcześniej przez mamę, czy przygotować sobie coś na tyle, aby się najeść i nie skończyć źle, ale do pieczenia ciast się nie zbliżałem.
— Zajmie mi to maksymalnie dziesięć minut — powiedziała z krzywym uśmiechem i zanim ruszyła w stronę schodów na piętro, wskazała palcem na piekarnik i dodała: — Pilnuj.
Gdy tylko zniknęła mi z oczu, odetchnąłem poniekąd z ulgą. Krótkie szorty jeszcze nigdy nie wywoływały we mnie takich uczuć co tego ranka. Złamałem też większość punktów z listy, co wcale nie napawało mnie optymizmem. Cieszyłem się jedynie, że póki co nie pojawiła się żadna czerwona róża.
Obserwując piekarnik, czułem się, jakby za moment miał wyjść z niego jakiś potwór. Prychnąłem pod nosem, śmiejąc się z samego siebie i sięgnąłem po kolejną mufinkę. Nie kłamałem, mówiąc, że są pyszne, bo naprawdę tak uważałem. Rozpływała się w ustach, a ja mogłem rozkoszować się jej słodkim smakiem, zamiast myśleć o dziewczynie, która gdzieś nade mną się przebierała.
Pojawiła się na dole znacznie szybciej, niż przewidywałem, chociaż i tak zdążyłem podkraść z dużej sterty kolejne dwie karmelowe muffinki. Odetchnąłem z ulgą, widząc, że przebrała szorty na luźną sukienkę, ale już po chwili okazało się to być znacznie bardziej skomplikowane. Sukienka była biała i zdecydowanie zbyt cienka — jej wściekle różowe bikini prześwitywało dość mocno, przyciągając wzrok, czy tego chciałem, czy nie.
Czy ona to robi specjalnie?
— Nie przypaliły się — powiedziałem, wskazując na piekarnik, a ona zachichotała słodko.
— To dobrze. I co, było tak strasznie?
— Pewnie, cały czas czekałem, aż ze środka wyjdą wściekłe monstra, ale skoro już tu jesteś, to się nie boję.
Chciałem się zaśmiać, ale dokładnie w tej chwili ona znów się pochyliła. W tym samym momencie zdałem sobie sprawę, że na dobrą sprawę flirtowałem z nią, nawet jeśli słabo i podświadomie. Wyprostowała się, odkładając blachę na kuchenny blat, a w jej oczach tliły się iskierki rozbawienia. Bez słowa pomogłem jej zabrać z blaszki muffinki, aby szybciej mogła włożyć do pieczenia ostatnią już porcję.
Zrobiła to szybko, więc już po chwili pomogłem jej też w sprzątnięciu całego bałaganu. Poprosiła mnie o przełożenie wszystkich już gotowych wypieków — a było ich niesamowicie dużo — do plastikowego naczynia z pokrywką, na jakie kobiety z pewnością mają jakieś specjalne określenie. Sama znów zniknęła na górze, aby spakować w najważniejsze rzeczy i znów mnie zdziwiła, wracając na dół w ciągu dwóch minut z dużą torbą na ramieniu.
— Gotowa?
— Tak — odpowiedziała, w dłoniach już ściskając klucze. — Weźmiesz muffinki? — Wskazała na pojemnik.
Posłusznie go wziąłem i wyszedłem na zewnątrz. Gdy Rebecca zamykała dom, położyłem muffinki na tylnym siedzeniu, a sam zająłem miejsce kierowcy. Nie musiałem czekać długo, aby dziewczyna do mnie dołączyła. Znaleźliśmy się oboje w małej przestrzeni auta — i przerażało mnie to cholernie. Włączyłem klimatyzację, bo w środku były gorąco, a temperaturę podnosiła jej obecność tak blisko. Dopiero w tym momencie, ruszając z jej podjazdu, zorientowałem się, że o ile w dużym domu czułem się w miarę bezpiecznie, to ona na siedzeniu pasażera zdecydowanie nie sprawiała, że byłem bezpieczny.
Przez zimne nawiewy, które dmuchały w powietrze, poczułem ze zdwojoną siłą jej perfumy. Intensywne, nieco słodkawe — po prostu ładne.
— To twoje auto?
Rebecca zapytała, jednocześnie dalej lustrując wzrokiem wnętrze samochodu.
— Tak.
— A co to za ee... model?
— Nissan qashqai.
— Mhm — mruknęła. Najwyraźniej nie tylko ja byłem speszony w tym aucie. — Fajne jest.
W odpowiedzi kiwnąłem głową. Nie wiedziałem, co mógłbym dodać.
— Mogę zmienić stację? — zapytała, wyciągając palec w stronę radia.
Pozwoliłem — tego dnia nie przywiązywałem aż takiej wagi do muzyki, wystarczająco mnie rozpraszała sama jej obecność. Jednak ku mojemu przerażeniu, włączyła jedną z tych popularnych stacji, na których nadawano Katy Perry, Nicki Minaj i inne gwiazdki, których nie lubiłem.
Zaczęła nucić lecącą akurat piosenkę, jednocześnie spoglądając na mnie uważnie, czy aby nie każę jej przestać. Mimowolnie uśmiech rozciągnął moje usta, a ja sam za moment parsknąłem śmiechem. Na moment oderwałem oczy od drogi, aby na nią zerknąć. Jej oczy lśniły, pełne usta poruszały się ze słowami, a policzki słodko mieniły się różem. Czym prędzej odwróciłem wzrok.
Chwilę później bez namysłu wyłączyłem klimę, zsunąłem na dół szyby po mojej i jej stronie, robiąc przeciąg i podgłośniłem radio, aby przy szumie powietrza wciąż było je słychać. Chciałem tym ostudzić swoje fantazje, które powoli zaczęły się budzić. Rebecca przyjęła to z uśmiechem. Wiatr rozwiewał jej ciemne włosy wokół twarzy, a ona wciąż śpiewała — sama dla siebie i chyba właśnie to urzekło mnie najbardziej. Podmuchy wiatru wcale nie ostudziły moich myśli.
Szlag by to trafił.


Chociaż cała ta podróż z początku była dla mnie ciężka, minęła przyjemnie i w większości na śmiechu. Gdy piosenka zmieniła się na jakąś — moim zdaniem — beznadziejną i niefajną — a według Rebecci fajną — dziewczyna przełączyła stacje, a ja chcąc nie chcąc miałem dość ciepłego australijskiego powietrza, bo niechybnie zbliżało się południe. Z powrotem włączyłem klimatyzację, która znów sprawiła, że poczułem bardzo wyraźnie miłe dla nosa perfumy.
Wtedy też zaczęliśmy rozmawiać nieco inaczej. Zupełnie jakby wiatr wywiał całe skrępowanie. Ciała konwersacja się kleiła, była lekka. Rozmawialiśmy o widokach, które migały za oknem. Ona opowiadała mi o życiu w Polsce — gdzie było znacznie zimniej, chociaż równie ciekawie, jak w Sydney. Z pasją wspominała Gdynię — długi falochron, gdzie z przyjaciółkami czasem chodziły wypić piwo przy szumie morskich fal, jakieś wzgórze, z którego rozciągał się piękny widok na port i przystań jachtową, a przede wszystkim fontannę, która chociaż zwykła, bardzo ją fascynowała.
— Naprawdę! Zwykła, niebieskawo-szara fontanna, a czułam, że coś mnie zawsze do niej ciągnęło. Jakaś niewidzialna siła, która kazała mi tam przychodzić — śmiała się.
Im dłużej rozmawialiśmy, tym bardziej zaczynałem ją lubić. Przestała być dziewczyną, z którą coś było nie tak, albo dziewczyną, przy której to ze mną było coś nie tak. Okazała się normalna, inteligentna i urocza — i to odkrycie przeraziło mnie najbardziej.
Zaraz po tym, że uwielbiam jej uśmiech. I prefumy. I śmiech, który przez godzinę drogi słyszałem mnóstwo razy.


Zaparkowałem auto tuż obok małej Toyoty Luke'a — zawsze się dziwiłem, jakim cudem on się tam mieści, a robił to chyba za sprawą magii. Rebecca rozglądała się z przejęciem wokół.
— Gdzie jesteśmy?
— Nigdy tu nie byłaś?
Pokręciła głową, nawet na mnie nie zerkając, wciąż pogrążona w podziwianiu miejsca, do którego ją zabrałem. Tuż obok małego parkingu, gdzie przy dobrych lotach mieściły się trzy auta, stał drewniany domek. Za nim rozciągał się mały pas zieleni, a dalej średniej wielkości prywatna plaża. Dziewczyna odwróciła się do tyłu, spoglądając na drogę, którą tam przybyliśmy — ciągnęła się dalej, znikając za małym wzgórzem.
— To prywatny teren — powiedziałem, odpowiadając na jej pytanie. — To domek dziadka Ashtona. Staruszek rzadko tu bywa, ale my na tej plaży dość często.
Kiwnęła głową ze zrozumieniem.
— Ładnie tu. — Wskazała widok przed nami.
Żółto-złoty piasek przechodził w zielono-niebieską wodę, która gdzieś na horyzoncie przechodziła w jaśniutkie, błękitne niebo, na którym nie było ani jednej chmurki, za to wysoko nad nami świeciło słońce.
— Wysiadamy?
W odpowiedzi Rebecca otworzyła swoje drzwi i wyszła na zewnątrz.
— Zdążyłam się odzwyczaić od tego gorąca.
Sięgnęła rękoma do tyłu i kilkoma ruchami związała swoje długie włosy w luźnego koka na czubku głowy. Z oddali dobiegały do nas głosy rozmów, więc wziąłem pojemnik z muffinkami i ruszyłem w ich stronę z Rebeccą za sobą.
Gdy kilkanaście kroków dalej odwróciłem się, aby sprawdzić, czy idzie, zobaczyłem ją balansującą na jednej nodze, aby zdjąć buta. Zaśmiałem się, za co otrzymałem mordercze spojrzenie.
— Zamiast stać i nic nie robić, mógłbyś podejść i mnie złapać za łokieć, żebym się nie wywaliła — marudziła, ale z uśmiechem na ustach.
— Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem, księżniczko — rzuciłem kpiąco, ale podszedłem i lekko złapałem ją za ramię.
Uśmiechnęła się z wdzięcznością i zdjęła z nóg skórzane sandałki. Gdy stanęła obiema stopami na gorącym piasku, puściłem ją i z niewiadomych powodów poczułem dziwną pustkę. Nie chcąc rozmyślać nad głupimi sprawami, szybko ruszyłem w stronę przyjaciół, a ona podążyła za mną. Świetna atmosfera z auta wyparowała jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Albo za jej odjęciem — zniknęła tak samo niespodziewanie, jak się pojawiła.



Rebecca

Corteen — dziewczyna Hemmingsa — okazała się sympatyczną dziewczyną. Miała krótkie, bo sięgające lekko za uszy, tlenione włosy. Zdecydowanie nie była Australijką — miała zbyt jasną karnację, nawet mimo pięknej opalenizny.
Spodziewałam się jednak, że będzie wyglądała inaczej — bardziej jak Blake Lively ze Stowarzyszenia Wędrujących Dżinsów w wersji z dużym biustem. Chociaż Corteen dużego biustu nie miała, podobnie jak i wzrostu, była ładna i zgrabna. A razem z Lukiem wyglądali uroczo, zwłaszcza gdy stali obok.
— Małe jest słodkie — powiedział Luke, widząc moje zaciekawione spojrzenie i wzruszył ramionami. — Wiesz jak fajnie się całuje dwa razy od ciebie niższe dziewczyny? — rzucił z dumnym uśmiechem.
— Dziewczyny? — zawołała z oburzeniem blondynka. — Liczba mnoga!?
Luke, który z opóźnieniem zorientował się, co takiego powiedział, udał, że zasłania się przed jej ciosami, które przewidział. Corteen uderzyła do trzy razy małą piąstką, krzycząc przy tym, że przez następny tydzień nie ma co liczyć na całowanie, przy akompaniamencie naszych śmiechów.
Spędziliśmy kilka wspaniałych godzin na opalaniu się, pływaniu, graniu nadmuchaną piłką i rozmawianiu o wszystkim i o niczym. Ku mojemu zawstydzeniu, każdy zachwalał moje karmelowe muffinki, chociaż ja sama nie widziałam w nich niczego nadzwyczajnego. Czułam się dobrze w ich towarzystwie i nagle uzmysłowiłam sobie, że do tego momentu nieco żałowałam powrotu do rodzinnego domu. Obawiałam się, że powrót do starego życia sprawi, że umrę z nudów, nie mając znajomych.
Michael ze złośliwym uśmiechem opowiadał innym żenujące historie z dzieciństwa, a ja odpłacałam mu się tym samym. Łokieć bolał mnie od szturchania go. Corteen zdradziła mi, że pochodzi z Irlandii, Luke w międzyczasie mówił głupoty i jednocześnie próbował skraść jej pocałunek. Ashton rzucał zboczonymi tekstami i otwarcie przypatrywał się mojemu ciału — na co nie mogłam w żaden konkretny sposób zareagować, bo jednak znajdowaliśmy się na plaży i każdy z nas na dobrą sprawę był półnagi.
Zastanawiało mnie jednak zachowanie Caluma. Świetna atmosfera z auta zniknęła zaraz po tym, jak opuściliśmy wnętrze nissana. Wręcz widziałam jego skrępowanie, gdy zdjęłam sukienkę. Był zupełnym przeciwieństwem Ashtona tego dnia — zupełnie jakby Irwin chciał się napatrzeć za nich obu. Ashton, Luke i Mike byli swobodni, Corteen w swoim bikini też czuła się przy nich dobrze, była wyluzowana.
Gdy zbliżał się wieczór, a Ashton zaproponował, żeby wypić po piwie lub dwóch, Calum poderwał się z miejsca, mówiąc, że pojedzie do sklepu. I prawdopodobnie nikt prócz mnie nie widział w tym nic dziwnego. Nie wiedziałam, gdzie znajdował się najbliższy sklep, ale nie było go — jak dla mnie — zbyt długo. Wrócił z Somersby dla mnie i Corteen i ośmiopakiem jakiejś nieznanej mi marki dla Michaela i Ashtona. Gdy podawał mi dwie butelki, poczułam zapach papierosów. Trochę mnie to zdziwiło, bo nie wyglądał na palacza, ani nic w jego otoczeniu na to nie wskazywało. W aucie nie widziałam żadnej paczki, chociaż zdawałam sobie sprawę, że mógł je dopiero co kupić.
Wyłączyłam się z rozmowy, jaką prowadzili chłopcy. Wystawiłam twarz w stronę — słabszego już — słońca i leniwie piłam Somersby. Nie myślałam o niczym konkretnym. Było mi przyjemnie i na tym się skupiłam.
— Zagrajmy w piłkę! — krzyknęła nagle Corteen, powstrzymując Luke'a przed otwarciem jej drugiego piwa.
— Chyba sobie kpisz — rzucił Ashton, dopijając do końca drugą puszkę. — Może i mam mocną głowę, ale gra w tym momencie nie wchodzi w grę.
Gra w tym momencie nie wchodzi w grę — przedrzeźnił go Mike. — Nigdy nie miałeś mocnej głowy. — Uśmiechnął się z satysfakcją, że mógł mu dopiec. — Nie przyjmujesz wyzwania, frajerze?
— Wyzwania? — Ashton naburmuszył się. — Oczywiście, że przyjmuję!
Wstał i lekko się zachwiał, na co Calum siedzący obok roześmiał się pod nosem.
— No i czego się chichrasz? — Ash oskarżycielsko wskazał na niego palcem. — Zagraj też, jeśli jesteś taki mądry.
— Zagrajmy wszyscy, będzie zabawnie! — pisnęła Corteen, a ja już wiedziałam, że kto jak kto, ale ona drugiego piwa wypić nie może.
Blondynka podniosła piłkę i wyciągnęła rękę w stronę Luke'a. Chłopak wstał i z wyczekiwaniem spojrzał na Clifforda, który dopił piwo i z niechęcią wstał. Ashton już wykrzykiwał, jak dzielimy się na drużyny i że to jego drużyna wygra, bo innej opcji nie ma.
Wypite piwo sprawiło, że mój humor stał się jeszcze lepszy, więc chichotałam jak głupia, obserwując gestykulującego żywo Ashtona. Czułam na sobie uważny wzrok Caluma, więc spojrzałam na niego. Lekko się speszył, ale nie dałam mu odwrócić wzroku, od razu mówiąc:
— Gramy z nimi?
— Myślę, że nawet jeśli byśmy nie chcieli, to byśmy musieli — zaśmiał się. — Ashton nie da nam posiedzieć.
Wstał i wyciągnął dłoń, aby mi pomóc. Ujęłam ją. Była ciepła i nieco szorstka, ale silna. Chociaż wcześniej nie dopuszczałam do siebie takich myśli, w tym momencie odczułam to jako wielki błąd, bo wróciły ze zdwojoną mocą, znacznie podkręconą procentami. Calum bez koszulki wyglądał jak młody bóg. Oglądając jego umięśnioną klatkę piersiową, brzuch i bicepsy, zastanawiałam się, czy często ćwiczy na siłowni. I zanim zdążyłam narobić sobie wstydu, patrząc na niego bez skrępowania, ruszyłam w stronę już roześmianej grupki.
Trafiłam do drużyny z Ashtonem i Lukiem, który wspaniałomyślnie wszystkim oznajmił, że gramy w siatkówkę, co każdy skwitował przewróceniem oczami. Nieoznaczone pola — bo jak stwierdził Ashton, potrzeba dużo przestrzeni, żeby mógł bez skrępowania rzucać się na piłkę — oddzielone były pustymi już puszkami, które miały imitować miejsce, w którym znajdowała się wyimaginowana siatka.
A potem gra się rozpoczęła.
W całym moim dziewiętnastoletnim życiu nie bawiłam się tak dobrze. Chociaż nigdy nie byłam dobra w żadnym sporcie, a i za siatkówką nie przepadałam, udało mi się kilka razy porządnie uderzyć dmuchaną piłkę i zdobyć punkty. W większości jednak je przepuszczałam, ku uciesze wesołej Corteen, która wytykała Ashtonowi język i krzyczała „wygram!”. Chłopak szalał z irytacji, a gdy przyszedł moment, w którym miałam oddać ostatni serw, błagał mnie wzrokiem, abym tego nie zepsuła, bo właśnie on miał zaważyć nad wygraną.
Wyrzuciłam piłkę w górę, a następnie lekko podskoczyłam i uderzyłam w nią otwartą dłonią. Zanim ktokolwiek zdążył zareagować, piłka odbiła się od czoła zaskoczonego, ale głównie rozbawionego Caluma. I gdy Ashton już miał wiwatować nad zwycięstwem, Michael w ostatniej chwili odbił piłkę, zdobywając decydującym punkt.
Z ust Ashtona wyrwał się dziki wrzask.
— Idę się napić! — oznajmił, nie potrafiąc przełknąć przegranej.
Calum — znacznie bardziej rozluźniony — podszedł do mnie i objął ramieniem.
— Dzięki, że pozwoliłaś nam wygrać.
Zaśmiał się, a ja w odpowiedzi szturchnęłam go łokciem, jak wcześniej Michaela.
— Spadaj.
Wywróciłam oczami, a następnie usiadłam zmęczona na ręczniku, sięgając po drugie — i zarazem ostatnie — Somersby.




Dajcie znać, co myślicie o rozdziale! Koniecznie. :)) Przy okazji chciałabym Was zaprosić na opowiadanie z Shawnem Mendesem treat you better mojego autorstwa. Krótka historia na podstawie piosenki i teledysku do niej, głównie dramat, trochę romansu. Nie za długie rozdziały, raczej konkretne i treściwe, a przede wszystkim publikowane znacznie regularniej. ;p 
Jeśli znajdziecie jakieś literówki, błędy czy nieścisłości — dajcie znać, bo rozdział przeszedł tylko jedną moją korektę, głównie dlatego, że chciałam szybciutko dodać rozdział. :) Mam nadzieję, że dacie znać, że tu jesteście, czytacie i (mam nadzieję) czytać będziecie. Dołożę wszelkich starań, żeby kolejny rozdział pojawił się niebawem. Trzymajcie kciuki! 

DODAJ SIĘ DO OBSERWATORÓW, ŻEBY NIE PRZEGAPIĆ KOLEJNYCH CZĘŚCI!

2 komentarze:

  1. Mam nadzieję, że wena Cię nie opuści i już niedługo zafundujesz nam kolejny rozdział. Uwielbiam tego bloga!

    OdpowiedzUsuń
  2. Moim zdaniem w dziejszych czasach naważniejsza w motoryzacji jest ekonomiczność danego samochodu. Producenci prześcigają się w nowinkach technologicznych często zapominająć o redukcji spalania auta, a potem celowo fałszują wyniki spalania. Przykładem dość głośnym był w ostatnich latach Volkswagen. Pozdrawiam serdecznie :-)

    OdpowiedzUsuń

Obserwatorzy

Szablon
Fantazja
Twitter