6 marca 2016

Rozdział 1

(c) Calumi 

Z dedykacją dla Pakosia (mendy), 
który uparcie chce otrzymać link do Angel, a ja uparcie mu odmawiam.
A także z wielkimi podziękowaniami dla Curly Angel, 
która podjęła się zadania sprawdzenia rozdziału, ogromnie mi pomagając.






Rebecca

Cicho podśpiewując pod nosem, odłożyłam cukiernicę na bok i wymieszałam świeżo zrobione latte macchiato z moim ulubionym, spienionym mlekiem. Aromat pysznej kawy unosił się w powietrzu, wywołując ogromny uśmiech na mojej twarzy.
Ściskając zielony kubek, minęłam aneks i wyszłam przez salon na taras. Wzdrygnęłam się – różnica między klimatyzowanym pomieszczeniem, a gorącym powietrzem w Sydney, była ogromna. Mimo to, cieszyłam się, że wróciłam do domu. Boso zeszłam po trzech schodkach i stanęłam na trawie. Aromat kawy mieszał się z zapachem świeżo skoszonej trawy, a z garażu dochodziły odgłosy stukania.
Tata już w swoim żywiole, pomyślałam, wsłuchując się w stuki i puki, oraz omiatając wzrokiem duży ogród. Przez chwilę zastanawiałam się, jakie kwiatki posadzić z mamą w rządkach przy ogrodzeniu, aby następnie ruszyć w prawy narożnik ogrodu, gdzie w cieniu kilku drzew owocowych stała drewniana huśtawka – mój cel.
– Rebecca!
Odwróciłam się zaskoczona, słysząc znajomy głos. Po drugiej stronie płotu, składającego się z identycznych kształtem, białych desek – takiego samego, jakie mieli wszyscy sąsiedzi – stał Michael. Na twarzy miał ogromny uśmiech, na głowie zaś czerwone, sterczące na wszystkie strony włosy. Wyglądał podobnie, jak go zapamiętałam. Tylko wtedy jego włosy były blond, a buzia okrągła. Przez te kilka lat wydoroślał, rysy jego twarzy stały się bardziej męskie, a na dodatek jego brodę zdobił lekki, jednodniowy zarost. I oczywiście urósł – z małego chłopca stał się wysokim, postawnym mężczyzną. Mimo to, wciąż widziałam w nim dawnego Michaela.
– Mike! – pisnęłam.
– Wróciłaś! – krzyknął, jednocześnie przeskakując ogrodzenie, aby znaleźć się na terenie mojej posesji. – Kurde mać, Howkings, tyle lat!
W ostatniej chwili zdążyłam odsunąć prawą dłoń, w której wciąż ściskałam niemalże pełny kubek kawy. Silne ramiona Clifforda objęły moje szczupłe ciało, a do moich nozdrzy doszedł zapach jego perfum, co sprawiło, że zakręciło mi się w głowie.
– Tylko pięć lat – wykrztusiłam w jego koszulkę. – Pięć lat, stary – mruknęłam.
Pięć lat! – Odsunął się o krok. – Dasz wiarę, że wydawało mi się, że jakieś pięćdziesiąt? Kiedy wróciłaś? Boże, jestem w domu od wczoraj i dopiero teraz się dowiaduję, że moja mała siostrzyczka Rebcia wróciła na stare śmieci, do starego brata i...
Wywróciłam oczami. Typowy, rozgadany Michael.
Shut up – zaśmiałam się. – Gadasz jeszcze więcej, niż kiedyś.
Zrobił obrażoną minę.
– Wypraszam sobie.
Wzruszyłam ramionami i upiłam trzeci tego dnia łyk kawy. Niebieskie oczy przyjaciela rozszerzyły się na widok tego napoju bogów, a jego dłoń zręcznie – bo zanim się obejrzałam – odebrała mi kubek.
– Hej, to moje!
– Już nie – zaśmiał się i jednym haustem wypił pół kubka.
Zacisnęłam bezradnie pięści. Gdy przymknęłam oczy, zobaczyłam wspomnienia, gdy miałam czternaście, on zaś szesnaście lat. Zawsze toczyliśmy walki o kawę, gdy jedno z nas piło, a drugie przyszło niespodziewanie. Uśmiechnęłam się do własnych myśli – to były piękne czasy.
Za moimi plecami zatrzasnęła się brama od garażu. Spojrzałam w tamtym kierunku i zobaczyłam tatę, wychodzącego zza rogu. Biały podkoszulek i szare szorty były brudne od smaru, a równie brudną dłonią właśnie przeczesał ciemne włosy. Znów coś naprawiał, przemknęło mi przez myśl.
– Dzień dobry, Michael. Tak myślałem, że to musisz być ty, bo kto inny odważyłby się zabrać mojej córce kubek porannej kawy – zaśmiał się.
– No, bardzo zabawne – prychnęłam, ale Mike beztrosko szturchnął mnie łokciem. – Mówisz, jakbym miała dziewięć lat, nie dziewiętnaście.
– Dzień dobry, panie Howkings – odpowiedział Clifford, szczerząc zęby.
– Podał bym ci dłoń, chłopie, ale sam widzisz – powiedział tata, wyciągając brudne dłonie w naszą stronę. – Zapraszam na kawę, wczoraj naprawiłem ekspres, Becca zrobi ci najlepsze macchiato, jakie w życiu piłeś.
Mój czerwonowłosy przyjaciel spojrzał na mnie z uśmiechem, ja zaś kiwnęłam głową w stronę tarasu.
– Jeśli to taka sama, jaką właśnie ci wypiłem, to z miłą chęcią – rzucił.
– Jasne, tylko tym razem dodam szczyptę arszeniku. – Wywróciłam oczami.
– Zabawne, że wciąż jesteś tak samo kiepsko-zabawna – rzucił ze śmiechem. – Dobra, więc opowiadaj, gdzie się podziewałaś przez te pięć lat! Co?
– Mieszkaliśmy w Polsce, rodzice otworzyli tam hotel i musieli wszystkiego sami dopilnować – mówiłam, wyciągając z szafki dwa kubki, z lodówki zaś karton mleka. – Najpierw dwa lata zajęło samo wybudowanie budynku, później trzy cała biurokracja i te sprawy. – Wzruszyłam ramionami. – Ale zakochałam się w Gdyni i trochę szkoda mi było wyjeżdżać.
– Polska – zagwizdał. – No nieźle, to bardzo daleko. Wyjechaliście tak szybko, że nawet nie zdążyłaś się porządnie pożegnać.
– Może dlatego, że pojechałeś na dwutygodniowy biwak, chociaż prosiłam, żebyś tego nie robił – powiedziałam kąśliwie, ale widząc jego zbolały wzrok, pożałowałam. – Dobra, sorry.
– No co, fajnie było – zaśmiał się. – Przyjechałem do domu cały w błocie i pierwsze co zrobiłem, to pobiegłem do ciebie, ale wszystko było pozamykane. Byłem pewien, że mam jeszcze dwa dni do twojego wyjazdu.
Ustawiłam odpowiednie opcje i podstawiłam pierwszy kubek do ekspresu.
– Przypomnij mi więc – powiedziałam – w jaki sposób urwał nam się całkowicie kontakt.
Na bladej twarzy Michaela rozkwitły wściekle czerwone rumieńce.
– Byłem młody i głupi – mruknął pod nosem. – Obraziłem się na ciebie i potem bardzo żałowałem. Zachowałem się jak gówniarz, którym zresztą byłem. A jak sobie dałaś radę w szkole, nie znając języka?
– Przez pierwszy rok miałam przerwę od nauki, chodziłam tylko codziennie na lekcję polskiego.
Kiwnął głową w zamyśleniu. Podziękował mi uśmiechem za kubek, jaki podstawiłam mu pod sam nos. Zaciągnął się mocnym zapachem kawy, a jego mina w tamtym momencie wyrażała czystą błogość.
– Dzięki – rzucił. – Ale, Rebecca, teraz już wszystko jest OK między nami, nie?
Spojrzałam na niego uważnie.
– Wiesz, Clifford, ciężko jest utrzymywać przyjaźń na tak dużą odległość, zwłaszcza, gdy strefy czasowe są tak skrajne. Nie mam ci tego za złe, ja też byłam obrażona, że wiedziałeś, że się wyprowadzam, a i tak pojechałeś na ten durny biwak...
– Nie był durny!
– … Ale teraz jest teraz, znów mieszkasz za płotem i naprawdę będę szczęśliwa, jeśli naprawimy nasze relacje – dokończyłam, ściskając w dłoniach kolejny kubek kawy.
Nie cierpiałam, gdy ktoś przerywał mi w połowie wypowiedzi, ale tego ranka wyjątkowo przemilczałam zbrodnię, jakiej dokonał Mike.
– Nawet nie wiesz, jak mnie to cieszy. – Posłał mi uśmiech, dzięki któremu mogłam dokładnie przyjrzeć się jego pełnemu uzębieniu. – Standardowo huśtawka?
– Czemu nie? – Wzruszyłam ramionami. – Moglibyśmy się ścigać, ale jesteśmy już pięć lat starsi i trzymamy kawę – dodałam.
Spojrzał na mnie oceniającym wzrokiem.
– O nie! Nawet nie próbuj! Cofam to, co powiedziałam! – zaoponowałam. – Ja naprawdę potrzebuję wypić tę kawę. Jeszcze odczuwam skutki zmiany strefy czasowej. Ale za to, gdy będziemy spokojnie kierować się w nasze ulubione miejsce, powiedz mi, co ty robiłeś przez te lata.
– Tu nie ma co opowiadać – uśmiechnął się lekko. – Poznałem trzech chłopaków, z którymi się przyjaźnię i mamy własny zespół.
– Zespół? – Uniosłam brwi w zaciekawieniu. – Grasz na gitarze!
– A no, gram. Ja na zwykłej, Calum na basie, Ashton na perkusji, a Luke zwykle tylko śpiewa, ale od czasu do czasu brzdąka na gitarze jak ja. Jeśli masz czas, wpadnij dzisiaj po obiedzie, chłopaki przychodzą na próbę.
– Może następnym razem, Mike. – Pokręciłam przecząco głową. – Dzisiaj tata obudził mnie o świcie, bo kosił trawę, a poszłam późno spać. Do tego czeka mnie dalsze rozpakowywanie.
– Aleś ty biedna – rzucił, za co otrzymał dość mocnego kuksańca w bok i o mało nie wylał kawy. – Czy ty wiesz, jakie to by było marnotrawstwo!?
Wybuchłam śmiechem, siadając na huśtawce i podciągając nogi do góry. Chłopak zajął miejsce tuż obok. Poczułam się jak kiedyś – z pyszną kawą w ręku i przyjacielem u boku.



Calum

– Gdzie znowu podziewa się Luke? – ponownie marudził Ashton.
– Pytasz o to już piąty raz, stary, ogarnij dupę – odpowiedział mu Michael z krzywym uśmiechem. – Dopiero skończył pracę, pewnie zaraz przyjdzie. Chcesz drugą kawę?
– Nie jestem pewien – wtrąciłem – czy to dobry pomysł, Mike. Kawa pobudza.
Czerwonowłosy zaśmiał się, a ja w ostatniej chwili odchyliłem się w lewo przed lecącą w moim kierunku poduszką.
– Idiota – fuknął Ash, ku mojemu rozbawieniu. – Zrób tę kawę!
Clifford wybuchnął śmiechem i odłożył na bok gitarę. Miałem wrażenie, że tego dnia był wyjątkowo daleko myślami. Z całej naszej czwórki to właśnie on był najbardziej uczuciowym – wiedziałem to od dawna – ale tego dnia przeszedł samego siebie. Zwykle gdy grał, miał na ustach lekki uśmiech – całym sobą cieszył się, że tworzymy muzykę. Razem. W to wtorkowe popołudnie jednak, jego niebieskie oczy wciąż wydawały mi się mętne, jakby myślami uciekał daleko. I przy tym wcale nie wydawał się smutny czy przygnębiony – wręcz przeciwnie, uśmiechał się sam do siebie, a po chwili patrzył na mnie i Ashtona, jakby sprawdzał, czy zauważyliśmy, jakby to był jego wielki sekret, jakim nie chciał się podzielić nawet z nami – jego najlepszymi przyjaciółmi.
– Mike? – zawołałem za nim, również podnosząc się z kanapy i idąc do kuchni.
– Słucham? – zapytał, pochylony nad ekspresem do kawy.
– Coś się stało?
– Nie, czemu?
Spojrzał na mnie zaskoczony, a potem uśmiechnął się lekko, chcąc zamaskować zmieszanie, że jednak dał się przyłapać.
– Wszystko jest w porządku – rzucił, jednocześnie odwracając się plecami do mnie, pod pretekstem sięgnięcia po cukier.
– Daj spokój – fuknąłem. – Hello, it's me – zanuciłem piosenkę Adele, a po chwili kontynuowałem: – To ja, twój przyjaciel, widzę, że coś jest nie tak.
– Jesteś zazdrosny, że mam sekrecik – rzucił ze śmiechem.
Wywróciłem oczami.
– Pewnie poznałeś jakąś wystrzałową laskę i nie chcesz, żebym ci ją zabrał sprzed nosa – powiedziałem nasz zwyczajowy żarcik.
– Masz poniekąd rację – odpowiedział ostrożnie.
– Jak to? – zdziwiłem się. – Przecież dobrze wiesz, że ja nie mogę...
– Tak, tak – przerwał mi. – Ale nie o tę część żarciku chodzi. Po prostu spotkałem dzisiaj kogoś, kogo ostatni raz widziałem kilka lat temu i teraz wracają do mnie wszystkie wspomnienia, z tym kimś związane.
– Czyli nie muszę się martwić?
Mimo wszystko wolałem się upewnić. Znaliśmy się od pięciu lat i mieliśmy mnóstwo wspólnych znajomych, jeśli nie prawie wszystkich, dlatego też byłem nieco zdziwiony. Kim więc była dziewczyna, która wywołała tyle ukradkowych uśmiechów w moim przyjacielu? Byłem pewien, że to o kogoś płci przeciwnej chodzi – pewnie poznałeś jakąś wystrzałową laskę i nie chcesz, żebym ci ją zabrał sprzed nosa, było naszym prywatnym żartem i jednocześnie zapewnieniem, że żaden z nas nie może zakochać się w tej samej osobie. Dzięki temu czuliśmy się bezpiecznie, ufaliśmy sobie bardziej i przede wszystkim, nie mieliśmy sekretów. A skoro Mike mówił, że poniekąd o to chodzi, miałem pewność, że spotkał dziewczynę.
– Nie musisz – zapewnił mnie. – Poznacie ją, tego jestem pewien, ale dzisiaj dajcie mi się samemu nią nacieszyć.
Uśmiechnąłem się w odpowiedzi i pokiwałem głową. Chwilę później obaj usłyszeliśmy głośny trzask drzwi i szamotaninę w przedpokoju.
– Siema! – krzyknął Luke. – Co to za laska w domu obok?! Niezła jest!
Stojący obok Michael westchnął ciężko w momencie, gdy przed nami pojawił się Hemmings. Na jego ustach gościł łobuzerski uśmiech, a blond włosy jak zawsze pozostawały w nieładzie.
– Jaka laska? – Za jego plecami pojawił się Ashton. – W domu obok? Zwyrolu, podglądasz sąsiadów naszego Micha... Ej, chwila! Przecież obok nikt nie mieszka!
– No właśnie o tym domu mówię, laska wyszła sobie po pizzę – tłumaczył Luke.
Jeden rzut okiem na Michaela wystarczył, abym wiedział, że to właśnie o niej mówił chwilę wcześniej. Przepchnąłem się między Ashtonem a Luke'em, od razu kierując się do okna w salonie, skąd był doskonały widok na ulicę, a co za tym idzie, na sąsiedni dom, który stał bliżej drogi niż ten Clifforda.
Dyskretnie – bo nie odsunąłem na bok firanki – spojrzałem na otwartą furtkę sąsiedniej posesji, a moim oczom ukazała się szczupła, średniego wzrostu brunetka. Odebrała podłużne pudełko od chłopaka w czerwonej koszulce polo z nazwą pizzeri i uśmiechnęła się do niego, aby następnie odwrócić się i skierować w stronę domu. Ale ten jeden moment wystarczył w zupełności, abym stwierdził, że to ta sama dziewczyna, jaką spotkałem nocą, kilka dni temu.
– Kto to, Mike? – wyrwało mi się chwilę później.
– Kiedy się wprowadziła? – dopytał Ashton, zaglądając mi przez ramię. – Ma niezłą dupę, nie, Hemmo?
– Nie mów tak o jej tyłku – odparł Mike, wywracając oczami. – To Rebecca, mieszkała tu kiedyś i wróciła jak my bawiliśmy się u twojego wujka.
– To musiała tutaj dawno temu mieszkać, bo jej nie pamiętam – dodał Luke.
– Wyprowadziła się pięć lat temu – sprecyzował czerwonowłosy. – Podczas biwaku, na którym wszyscy się poznaliśmy.
– I dobrze się znacie?
Mike niezręcznie podrapał się po głowie, a następnie – kolejny raz w ciągu ostatnich dziesięciu minut – westchnął.
– Przyjaźniliśmy się od dziecka.
– Więc czemu nic o niej nie wiemy?! – Oburzył się Ashton. – Zapraszam twoje zacne cztery litery na kanapę i chcemy usłyszeć całą historię, i to już! – huknął, ciągnąć Michela za rękę w stronę sofy.


Nasze zwyczajne spotkania, do jakich przywykłem, zwykle zaczynały się od rytuału robienia kawy – a raczej patrzenia, jak robi ją ekspres. Gdy już ją wypiliśmy, zabieraliśmy się za jedzenie – czasem sami coś przygotowywaliśmy, co nie zawsze kończyło się dobrze, z reguły jednak zamawialiśmy jedzenie na wynos bądź wpychaliśmy w siebie ogromne ilości chipsów, paluszków, krakersów, czy innych przysmaków. A na końcu zabieraliśmy się za pisanie tekstów piosenek, tworzenie melodii, czy zwyczajne brzdąkanie na gitarze – czemu towarzyszyły kolejne kubki kawy.
Tego dnia spotkanie odbyło się bez zwyczajowych punktów – za wyjątkiem kawy. Kawa była zawsze, bez względu na porę czy okoliczności. Musi być i koniec – jak zawsze mawiał Michael. Nie było jedzenia, nie było grania na gitarach i rozmów o piłce nożnej.
Wszechobecna tego dnia była ona.
Rebecca Howkings, sąsiadka Michaela, z którą kiedyś się przyjaźnił, a teraz liczył na odnowienie kontaktów, możliwie jak najbardziej. I z całego serca mu kibicowałem.
W głowie jednak ciągle miałem czerwoną różę, która pojawiła się na ulicy zaraz po tym, jak wpadłem na Rebeccę w ciemnej uliczce. Różę, jaka pojawiła się znikąd, zupełnie nagle. Nie wiedziałem, o co chodzi – kilkukrotnie przecierałem oczy w zdumieniu, chociaż w całym swoim dwudziestoletnim życiu widziałem wiele niemożliwych rzeczy. Nigdy jednak nie spotkałem się z czymś, co pojawiłoby się z niczego. I naprawdę się cieszyłem, że dziewczyna tego nie widziała. To mogłoby pociągnąć jeszcze więcej niewygodnych pytań.
– I nigdy nawet nie myślałeś o tym, aby coś z nią...? – zapytał w pewnym momencie Ashton.
– W życiu! – oburzył się Michael. – Jest, to znaczy, była moją przyjaciółką. A ja jej przyjacielem.
– A wiesz, ile takich damsko-męskich przyjaźni kończy się zauroczeniem, zakochaniem, a w efekcie albo związkiem, albo złamanym sercem? – zapytał Luke. – Dużo – sam odpowiedział na to pytanie.
– Ale ona jest dla mnie jak siostra! To znaczy, była.
– Czemu mówisz o niej w czasie przeszłym? – zapytałem wtedy.
Na to padła dość pokrętna odpowiedź, jak to zepsuł ich relację, jak to nie utrzymywali kontaktu i jak to ciężko odnowić przyjaźń po tak długim czasie, podczas gdy w życiu obojga zmieniło się bardzo wiele. I właściwie rozumiałem go.
Rozumiałem go bardziej, niż mógł pomyśleć.



Przetarłam oczy dłonią, wybudzając się ze snu na dobre. Jasne promienie słońca wpadały do pokoju przez niedociągnięte do samego końca rolety. Wokół panowała cisza – nie słyszałam zwyczajowego trzaskania naczyń w kuchni, królestwie mamy, ani stukania z garażu, gdzie zawsze zaszywał się tata. To pozwoliło mi stwierdzić, że pojechali odwiedzić hotel, sprawdzić, jak idzie praca i zobaczyć wszystko na własne oczy po tak długiej nieobecności.
Jęknęłam cicho, nakazując sobie wstać i przekręciłam się na drugi bok, twarzą do pokoju. Tuż przed moim nosem leżało coś czerwonego. Zaskoczona zamrugałam kilkakrotnie i uniosłam się nieco, opierając na łokciach. Na białej poduszce, tuż obok miejsca, gdzie jeszcze było świeże wgniecenie od mojej głowy, leżała czerwona róża. Świeży, rozkwitnięty kwiat.
– Co ty tu robisz? – mruknęłam pod nosem, wcale nie oczekując odpowiedzi.
Wzięłam kwiat do ręki, aby upewnić się, że nie mam przywidzeń i dotarło do mnie, że to naprawdę jest czerwona róża, a nie wybryk mojej wyobraźni. Pozostawało tylko pytanie, skąd się tam wzięła.
Pokręciłam głową, chcąc odegnać dziwne myśli i powoli wygramoliłam się z łóżka. Z szafy wyjęłam dresowe szorty oraz bawełniany, biały podkoszulek i kilka minut później byłam w kuchni, przebrana i odświeżona, gotowa do zrobienia śniadania. Starłam się nie myśleć o czerwonym kwiatku, dla którego znalazłam miejsce na biurku, w podłużnym wazonie, jednak w mojej głowie zagnieździła się myśl, że posadzenie róży w ogrodzie nie byłoby złym pomysłem, więc zanotowałam w pamięci, aby omówić ten temat z mamą.
Na lodówce wisiała karteczka samoprzylepna, z krótką informacją: jesteśmy w hotelu, wrócimy późno. Pokiwałam głową bez większego sensu. Większość swoich rzeczy rozpakowałam poprzedniego dnia, więc mogłam bez skrupułów leniuchować do wieczora – i taki właśnie miałam plan. Pójść do sklepu, kupić dwa pudełka lodów, usiąść na kanapie i oglądać seriale. Uśmiechnęłam się leniwie.
Ale najpierw napój bogów.


Mój plan – mówiąc krótko – nie wypalił. Zanim zdążyłam wyjść do sklepu, w moim domu pojawił się Michael, który pozwolił sobie wejść do środka przez otwarte drzwi od tarasu i zrobić kawę. Byłam w łazience, próbując w jakiś sposób związać ciemne włosy, które jak na złość tego dnia zupełnie się nie układały, gdy usłyszałam z dołu donośny i charakterystyczny dźwięk ekspresu.
Przecież nikogo nie ma w domu, spanikowałam.
Złapałam to, co leżało najbliżej mnie, czyli szczotkę do włosów i – niczym głupia bohaterka marnego horroru – po cichu zeszłam po schodach na dół, ostrożnie rozglądając się na boki. Z ulgi, że to Mike, upuściłam szczotkę, która spadła z hukiem na panele podłogowe i tym razem to czerwonowłosy został wystraszony.
– Jezu, spokojnie! – krzyknął rozbawiony, unosząc ręce ku górze, zupełnie jakby się poddawał. – Tylko nie strzelaj, błagam! – krzyczał w najlepsze.
– Kretyn – mruknęłam pod nosem.
– No sorry, Reb. Nie mogłem się powstrzymać. – Wzruszył ramionami. – Swoją drogą, skończyło ci się mleko.
Spojrzałam na niego rozbawiona, ale po chwili z mojej twarzy zniknął uśmiech.
– Długo tu jesteś?
– Nie, przyszedłem kilka minut temu, bo...
– Czyli to nie ty – przerwałam mu – zostawiłeś tę różę?
– Jaką różę? – zapytał wyraźnie zdziwiony.
Pokręciłam głową, mówiąc nieważne i skierowałam się w stronę spiżarni, skąd wyjęłam dwa kartony mleka. Clifford zachichotał, na co wywróciłam oczami. Zepchnęłam myśl o czerwonym kwiatku na sam koniec świadomości i postanowiłam w ogóle zapomnieć o tym dziwnym znalezisku – mimo tego, iż róża dumnie stała w wazonie.
– Masz plany na dziś? – zapytał po chwili.
– Planowałam iść po lody do sklepu i oglądać jakiś serial.
– To świetnie! – wykrzyknął, a następnie upił łyk kawy. Na jego bladej twarzy pojawił się błogi uśmiech, a po chwili niebieskie tęczówki spoglądały w moje brązowe.
– Świetnie, bo to taki ambitny plan? – Uniosłam do góry prawą brew.
– Nie – odparł. – Świetnie, bo już masz dużo ambitniejszy plan, a mianowicie pójść teraz ze mną do mnie i poznać moich chłopaków.
– Twoich chłopaków? Zostałeś gejem, Mike?
Chciałam jeszcze dodać: zmieniło się więcej, niż myślałam, lecz powstrzymałam się i tak ledwo panując nad chęcią roześmiania się. Czerwone włosy chłopaka znowu sterczały każdy w inną stronę i podskakiwały, gdy ten trząsł się w powstrzymywanym wszelkimi siłami śmiechu. Widok ten rozbawił mnie jeszcze bardziej, więc nie wytrzymując dłużej, opadłam ze śmiechem na kanapę, łapiąc się za brzuch. Otrzymałam spojrzenie pełne dezaprobaty, ale już po chwili oboje leżeliśmy na miękkim meblu, łapiąc oddechy.
– To wcale nie było takie śmieszne – sapnął po kilku minutach Mike, wciąż próbując uspokoić oddech.
– To nie, ale twoje skaczące włosy już tak!
– Ale sobie grabisz, małolato! – wykrzyknął, podnosząc się do pozycji siedzącej.
– Małolato!? – oburzyłam się. – Jestem tylko dwa lata młodsza, mendo!
– Czyli jesteś małolatą! – twierdził uparcie, rzucając mi rozbawione spojrzenia. – A teraz dupa w troki i idziemy do mnie, bo zaraz przyjdą chłopaki! – rozkazał, a ja jedyne co mogłam zrobić, to wstać i pójść za nim, psychicznie przygotowując się na poznanie trzech nowych osób.


– Wiele się tu nie zmieniło – powiedziałam, jednocześnie podskakując do góry i siadając na blacie kuchennym, chociaż obok stały wysokie stołki.
Rozglądałam się po znajomej mi z dzieciństwa kuchni. Te sama, biało-czarna zabudowa, ten sam bałagan w zlewie, mimo że obok stała zmywarka, ten sam zapach korzennych ciasteczek pani Clifford unoszący się w powietrzu. Zamknęłam oczy, chcąc jak najbardziej zagłębić się w powracające wspomnienia.
– Mamo, mamo! – Mike wbiegł do kuchni kilka kroków przede mną. – Mamooo!
– Słucham, kochanie?
– Rebecca stłukła sobie kolano! – krzyknął spanikowany, łapiąc panią Clifford za dłoń, podczas gdy ja zatrzymałam się w progu, spoglądając na nią nieśmiało.
Kobieta bez zbędnych pytań otworzyła tę część lodówki przeznaczoną na zamrażalnik i wyjęła z niego torebkę lodu, która już chwilę później znalazła się – otoczona starą ścierka – na moim kolanie.
– To tylko stłuczenie – pani Clifford uśmiechnęła się łagodnie. – Chwilę poboli i przestanie, a do tego czasu idźcie do salonu, dzieciaki, bo chyba leci wasza ulubiona bajka. Przyniosę wam za chwilę kakao i ciasteczka.
Uśmiechnęłam się do siebie, nagle tęskniąc za tą przemiłą i kochaną kobietą, z nieco pulchną twarzą i prostymi, blond włosami, do której tak podobny był Mike.
– Gdzie twoja mama?
– W pracy, wróci późno. Wciąż nie może uwierzyć, że w ciągu tych kilku dni, podczas których znowu tutaj jesteś, jeszcze cię nie widziała. – Pokręcił głową. – Ale za to zostawiła dla ciebie ciasteczka. Nie krępuj się.
– O mój Boże, dalej chowa je w tym samym pudełku? – zapytałam, zeskakując z blatu i otwierając bez problemu tę samą szafkę, do której kiedyś musiałam stawać na krześle i wciąż brakowało mi kilku centymetrów do celu.
W środku, obok pudełek z różnymi rodzajami herbaty – pani Clifford w przeciwieństwie do nas, nie lubiła kawy, za to wielbiła herbatę z Tea Heaven, sprowadzaną prosto z Indii, Chin i Londynu – stała duża puszka, oklejona naklejkami ze Scoobym Doo. Za moimi plecami, Michael chichotał w najlepsze, podczas gdy ja z niemalże nabożeństwem otwierałam puszkę i zaciągnęłam się znajomym zapachem.
– Mmm – mruknęłam, opierając się o blat.
W tym samym czasie, gdy moje usta spotkały się z pierwszym ciasteczkiem w kształcie gwiazdki, usłyszeliśmy dźwięk otwieranych drzwi, a do środka oprócz ciepłego powietrza wpadły zmieszane głosy trzech osób, przekrzykujących się nawzajem.
– Jesteśmy! – krzyknęło jednocześnie dwóch blondynów, który jako pierwsi wpadli do kuchni.
Nie miałam czasu, na przyjrzenie im się dokładnie, bo za ich plecami ujrzałam jego – chłopaka z zaułka, o którym zdążyłam już zapomnieć. Te same, czarne włosy, ten sam uśmiech i te same, piękne i ciemne oczy. Poczułam się tak, jakby moje serce nagle ważyło trzy tony i nie potrafiłam racjonalnie wytłumaczyć tego wrażenia – zdecydowanie niepokojącego wrażenia.
Rebecca, to są Ashton, Luke, a z tyłu Calum, moi przyjaciele. Chłopaki, to Becca. 






W końcu lecimy z nową wersją! Takie trochę lanie wody, w końcu to wstęp, pierwszy rozdział. Myślę, że ta notka wypadła dobrze, zwłaszcza, że piszę Angel od nowa – a sami widzicie, że zmieniło się sporo, jak chociażby brak Daniela i Xaviera, z czego cieszę się najbardziej. Główny zarys pozostaje, o to się nie martwcie. Zrealizuję swój cel. Dążę do tego, do czego dążyłam w pierwszej wersji i mam nadzieję, że teraz mi się uda. 
A największą ulgę czuję przez zmianę narracji. Tak będzie mi się pisało znacznie lepiej, a Wy, kochani, lepiej poznacie uczucia Reb i Cala. Mam nadzieję, że taka duża ilość dialogów Was nie zniechęci, ale ostatnio pisanie opisów idzie mi jeszcze gorzej, niż kiedyś ;___; W dwójce opisów powinno być więcej, tak myślę. 
Do następnego! 

Im większa będzie Wasza aktywność w komentarzach, tym szybciej dodam rozdział drugi! ;) 

10 komentarzy:

  1. Bardzo mi się podobało. Dla mnie osobiście lepoej się czyta gdy jest więcej dialogów... Świetne ff jak zwykle :-) Czekam na next... Pozdrawiam i zycze weny

    OdpowiedzUsuń
  2. Dużo się zmieniło :) bardzo mi się to wszystko podoba
    Czekam na następny rozdział ❤

    OdpowiedzUsuń
  3. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  4. Koneko! Nowy rozdział nowego opowiadania jest cudny. I piękny szablon - skromny ale wspaniały! Piszesz płynnie, aż chce się Ciebie czytać :*
    Pomyślałam, że poinformuję Cię o nowym opowiadaniu, jakie u mnie się pojawiło. Jest to tematyka wojenna.
    www.opowiesci-sovbedlly.blogspot.com

    Dołączam intrygujący fragment dla zachęty:
    „W końcu wyławiam spojrzeniem moją siostrzyczkę. Moje kochane maleństwo. Na miękkich nogach podchodzę bliżej. Ciężko oddycha, patrząc otępiale na sufit. Na jej białej koszulce przeziera czerwona, powiększająca się plama. Zdejmuję opaskę z ramienia i zakładam ją na ranę. Basia przygląda się mi z apatią, po czym wydaje z siebie ostatnie tchnienie. Chlipię, gdy zamykam na zawsze jej dziecięce oczy. Gdybym wtedy wzięła siostrzyczkę ze sobą, to z pewnością by dalej żyła…”

    Życzę weny i pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  5. Czytałam Angel już wcześniej, lecz jakoś nigdy nie brałam się za komentowanie. Teraz jednak chcę, byś wiedziała, co sądzę o twojej pracy. Piszesz naprawdę bardzo płynnie i zrozumiale, bardzo mi się to podoba. Rozdział naprawdę przypadł mi do gustu i liczę, że pozostałe rozdziały będą równie intrygujące.
    Pozdrawiam i życzę weny!

    OdpowiedzUsuń
  6. Wow super rozdzial 😃
    Podoba mi sie fabula i czekam na nastepny.

    OdpowiedzUsuń
  7. Jedno "ale":
    Czy Mike nie ma zielonych oczu? Plus, w prologu napisałaś, że główna bohaterka ma niebieskie oczy, a tutaj - brązowe.
    Dobra, dwa "ale".
    "– Jesteśmy! – krzyknęło jednocześnie dwóch blondynów (...)". Gdy wypowiedź kończy się jakimkolwiek znakiem interpunkcyjnym (no oprócz przecinka, ale to wiadome), zaczynamy po pauzie od dużej litery. Czyli wyraz "krzyknęło" powinno być z dużej litery.
    A więc tak. Podoba mi się styl pisania ^^ Jest lekki, nieprzytłaczający. Opisy nie są jakoś mega rozbudowane, za co bardzo dziękuję. Moim zdaniem nie jest za dużo dialogów, a właśnie w sam raz. Tylko... angielskie słowa w kraju, w którym mówi się po angielsku. To trochę się nie klei, ale się już nie czepiam!
    Fabuła, hm, ciekawie. Nie powiem. Czy tylko ja myślę, że Calum to anioł? XD nie wiem, dziwna jestem.
    Lubię główną bohaterkę, jak na razie bo nie jest irytująca XD
    Czekam na ciąg dalszy i zapraszam przy okazji do siebie ^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pierwsze ale: możliwe, że się kopnęłam, prolog był przerabiany i mogło mi coś umknąć.
      Drugie ale: niet, jest dobrze. Zaczynamy wielką wtedy, gdy po wypowiedzi mamy wszystko, co nie wiąże się z wypowiadaniem słów (czyli krzyknął, powiedział, szepnęła, mruknęła, fuknęła itd., piszemy małą), tyczy się to zarówno "!", jak i "?". Wielką by było, gdyby zamiast "krzyknął", znalazło się np. "podskoczył radośnie".
      Angielskie słowa, tak jak i polskie, są kursywą, bo jest na nie nacisk, to nie ma nic wspólnego z ich pochodzeniem, czy co tam. ;P
      Owszem, Calum jest aniołem, nie trudno się domyślić (osoby, które czytały pierwszą wersję nie będą miały już tego elementu zaskoczenia). ;)
      Dzięki za rozbudowany komentarz. :)
      Pozdrawiam, Koneko

      Usuń
    2. Właśnie wczoraj po przeczytaniu opinii zapomniałam napisać, że Calum jest aniołem i myślałam, że dzisiaj jeszcze zdążę. Pech XD
      + u mnie: byłam jeszcze tak bardzo niewtajemniczona w świat pisarstwa, że myślałam, że (powtórzenie, ugh) dialogi pisze się od... no tego co napisałam (mylą mi się nazwy ;-;) XD I myślę, że już tak pociągnę do końca Bloga, żeby nie zmieniać tysiąc razy, a potem przenosząc na mój Zbiór Opowiadań zmienię na prawidłowe znaki.
      Proszę bardzo. Nie zawsze chcę mi się pisać długie komentarze, więc to cud, że go napisałam xd
      Pozdrawiam xx

      Usuń

Obserwatorzy

Szablon
Fantazja
Twitter